Tajni Wspolpracownicy Sluzby Bezpieczenstwa  

 
Jest rzeczą oczywistą, iż podstawą systemu komunistycznego w Polsce po II wojnie światowej stali się ludzie bezpieki, stanowiący trzon Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, później Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Do głównych ich zadań należało pozyskiwanie, werbowanie tajnych współpracowników, dzięki którym na bieżąco inwigilowano nie tylko zbrojną i polityczną opozycję, ale wszystkie środowiska społeczne, polityczne, gospodarcze, kulturalne, media i inne. Doprowadziło to z czasem do pełnej infiltracji oraz sterowania ich procesem wewnętrznym. Główny plan działania wytyczył w 1944 r. gen. NKWD Iwan Sierow, zalecając rozbijanie tych środowisk - zwłaszcza katolickich - "przy pomocy nasłanych lub zwerbowanych agentów".

Od samego początku tworzenia "Polski Lubelskiej" główny nacisk kładziono na szkolenie funkcjonariuszy UB - SB właśnie na okoliczność pozyskiwania agentury. W niniejszej publikacji nie podjęto kwestii tajnych współpracowników wywiadu wojskowego GZI - Głównego Zarządu Informacji - później WSI - Wojskowej Służby Informacyjnej, gdyż do dziś brak na ten temat wiarygodnych materiałów. Wszystkie zamierzenia i konkretne działania w tym zakresie opatrzone były klauzulą: "Tajne", "Ściśle tajne", "Tajne specjalnego znaczenia". Informacja na temat pozyskania tajnego współpracownika (oraz służących do tego sposobów) była niedostępna nie tylko dla przeciętnego obywatela, ale również nie każdy z pracowników resortu mógł wejść w jej posiadanie. Wszystko to z uwagi na cele operacyjne wymagające zachowania ścisłej tajemnicy. Na przełomie 1989 i 1990 r. wiele akt dotyczących agentury zniszczono, a wartość i wiarygodność zachowanych materiałów dyskredytowano. Wszystko to sprawia, że do tej pory niewiele mogło powstać prac na ten temat.

Ograniczone ramy publikacji uniemożliwiają omówienie wszystkich szczegółów przynależnych do tego zagadnienia, chciałbym więc skoncentrować się tutaj na sposobie pozyskiwania, strukturze, formach pracy, jej skutkach oraz skali zjawiska określanego mianem agentury, a także zatrzymać się nad kontrowersyjną kwestią możliwości "preparowania" pewnych dokumentów.

DONOS "ŹRÓDŁOWY" I "OBYWATELSKI"

Zakres inwigilacji społeczeństwa polskiego przez ludzi "bezpieczeństwa publicznego" był bardzo szeroki. Główną podstawę uzyskiwania informacji stanowiły tzw. Osobowe Źródła Informacji (OZI). Do nich zaliczano ludzi nie tylko w sposób formalny, zdeklarowany współpracujących z władzą, ale wszystkich udzielających potrzebnych im wiadomości. Jednym z takich "źródeł" był tzw. Kontakt Obywatelski (KO), czyli kategoria osób, które po wejściu w posiadanie wartościowej (z ich punktu widzenia) informacji samorzutnie informowały o tym organa bezpieczeństwa, a później wykorzystywane były też do "lekkich" zadań (np. poinformowanie o nastrojach panujących w środowisku), które były im zlecane. Do takich kategorii pośrednich zaliczyć należy także tzw. kontakt poufny i kontakt służbowy. Osobną kategorią byli "konsultanci", czyli fachowcy pozyskiwani do badania niektórych problemów wyłaniających się w toku pracy operacyjnej, wymagających wiedzy fachowej. Z reguły w charakterze "konsultantów" angażowano osoby posiadające odpowiednie kwalifikacje naukowe lub zawodowe. Przekazywanie informacji odbywało się najczęściej w LK, czyli Lokalu Konspiracyjnym (także Kontaktowym).

PARTYJNY, TAJNY WSPÓŁPRACOWNIK

Do donoszenia na kolegów, a także na całe środowisko - a więc ścisłej współpracy z bezpieką - niejako z urzędu zobowiązani byli członkowie "przewodniej siły narodu", czyli członkowie PPR i PZPR. Do 1970 r. pozyskiwano ich również jako "tajnych współpracowników" służb specjalnych PRL. Później było to formalnie zakazane. W słynnej już "Instrukcji 006/70" nazywanej "Biblią SB" (opublikowanej w ostatnim numerze "Arcanów") w rozdziale III §10 zatytułowanym "Tajni współpracownicy i ogólne zasady ich pozyskiwania", w punkcie 8 zapisano: "Nie wolno pozyskiwać do współpracy członków PZPR. W wyjątkowych, uzasadnionych operacyjnie przypadkach, pozyskanie tajnego współpracownika będącego członkiem Partii, może nastąpić wyłącznie za zgodą I Sekretarza KW PZPR lub kierownika właściwego wydziału KC PZPR".
W praktyce jednak częstokroć "oficer prowadzący", nie chcąc utracić TW, będącego członkiem Partii, "przekwalifikowywał" go w papierach na "KO - czyli kontakt obywatelski", a w praktyce dalej współpracował na niezmienionych zasadach, czyli jako tajny współpracownik.
Niektórym członkom PZPR nakazywano opuszczenie szeregów partyjnych i przeniknięcie do opozycji. Większość jednak komunistycznych aktywistów, jak można przypuszczać na podstawie toczących się procesów lustracyjnych, wykorzystywana była przez bezpiekę i Wojskowe Służby Informacyjne do działań szpiegowskich (wywiadowczych i kontrwywiadowczych) poza granicami kraju. Było to oczywiste, gdyż normalny obywatel miał poważne problemy z wyjazdem za granicę, uzyskaniem stypendium naukowego, stażu zawodowego itp. Tam "szlifowali" oni język obcy, wchodzili w kontakt ze środowiskami politycznymi, gospodarczymi, kulturalnymi. W tym kierunku pracę operacyjną prowadził Wydział Paszportowy SB.

KATEGORIE "BEZPIECZNIKÓW"

W języku potocznym wszystkich ludzi współpracujących z bezpieką nazywa się agentami. Nie jest to jednak określenie precyzyjne. Osoby takie bowiem fachowo określano mianem tajnych współpracowników (TW). Jest to pojęcie szersze obejmujące 3 kategorie postaci. W zależności od wykonywanych zadań byli to: informator, agent i rezydent.
Tajny informator donosił na bieżąco, bardziej lub mniej systematycznie, czyli przekazywał w sposób niejawny poufne informacje. Agent natomiast nie tylko przekazywał informacje, ale uczestniczył również w tzw. kombinacjach operacyjnych (KO), będących najwyższą formą pracy operacyjnej bezpieki. Polegały one m.in. na skłócaniu środowisk, kreowaniu rzeczywistości w myśl wytycznych oficerów operacyjnych UB/SB. Agenci byli niezwykle przydatni w "rozpracowaniach obiektowych". Rezydent natomiast dysponował już własną siatką agentów i informatorów. Rezydentów było stosunkowo niewielu.

ZASADY WERBUNKU

Zwerbowanie do współpracy tajnego współpracownika przez funkcjonariusza UB/SB oraz jego wykorzystywanie regulowane było określoną procedurą. Jedną z pierwszych "instrukcji" na ten temat wydał w lutym 1945 r. dyrektor Departamentu I MBP ppłk Roman Romkowski, a zatwierdził minister Stanisław Radkiewicz. Nosiła ona nazwę "Instrukcja Tymczasowa o pozyskiwaniu, pracy i ewidencji agenturalno-informacyjnej sieci". Obowiązywała ona (z uaktualnieniami) do 1955 roku. Pisano w niej m.in.:
"W pracy z agenturą należy być bardzo uważnym i troskliwym, ażeby nie odsunąć od siebie agenta a odwrotnie, zainteresowaniem się nim przyzwyczaić go do siebie i zainteresować agenta tak, by miał chęć pracować i wykonywać zlecenia operacyjnego pracownika oraz przychodził do niego z konkretnymi materiałami. Nim pracownik operacyjny rozpocznie pracę z agentem powinien wcześniej poznać jego dodatnie i ujemne cechy charakteru, jego skłonności, możliwości. W żadnym wypadku nie należy spoufalać się z agentem, przyjmować małe czy duże podarunki od niego, organizować jakiekolwiek przyjęcia czy wypitki. Z agentami-kobietami nie można dopuścić do jakichś intymnych stosunków, ponieważ wszystko to demoralizuje agenturę, podrywa w jej oczach autorytet pracownika operacyjnego i stawia go w pełnej zależności od niej". W uzupełnieniu min. Radkiewicz precyzował:

1. "...werbowanie i utrzymanie kontaktu z agenturą przeprowadzać w zakonspirowanych lokalach, w wypadkach wyjątkowych za sankcją kierownika Urzędu można przeprowadzać werbunek w budynkach B.P.

2. Bezwzględnie zabronić pracownikom operacyjnym nosić przy sobie wykazy agentów.

3. Na każdego zwerbowanego agenta, rezydenta informatora, winna być zaprowadzona teczka personalna, która powinna znajdować się u odpowiednich kierowników Wydziałów i Sekcji w ogniotrwałych kasach (...).

4. Dla kontrolowania pracy agentury winno [się] zaprowadzić w Wydziałach i Sekcjach dzienniki i przechowywać je wraz z teczkami personalnymi.

5. Przeprowadzić ścisłą kontrolę o kandydatach na werbunek, przez to nie dopuścić do zaśmiecania agentury elementami wrogimi i podejrzanymi.

6. Dla kontrolowania pracy z agenturą należy sporządzić sprawozdania wg załączonego wzoru".

W dniu 1 lutego 1970 r. Ministerstwo Spraw Wewnętrznych wydało cytowane już "Zarządzenie Nr 006/70 - w sprawie pracy operacyjnej Służby Bezpieczeństwa resortu spraw wewnętrznych", podpisane przez ministra Kazimierza Świtałę. W jego "Załączniku", nazwanym "Instrukcja o pracy operacyjnej Służby Bezpieczeństwa resortu spraw wewnętrznych" - rozdział III poświęcono właśnie "tajnym współpracownikom i innym źródłom informacji". W 12 paragrafach definiowano "tajnych współpracowników i sposoby ich pozyskiwania", a także "podstawowe zasady pracy z tajnym współpracownikiem" - "Zlecanie zadań TW; Łączność z TW; Kontrola pracy TW; Zawieszenie i rozwiązanie współpracy z TW" itd.

Oczywiście metody pracy bezpieki wzorowane były na systemie sowieckim. Wprowadzali je od samego początku funkcjonariusze szkoleni w Związku Sowieckim, tzw. kujbyszewiacy.

SPOSOBY POZYSKIWANIA WSPÓŁPRACOWNIKÓW

Najpierw funkcjonariusz UB typował i zbierał informacje o kandydacie, a potem pisemnie kreślił "Plan rozpracowania kandydata na werbunek", a następnie musiał uzyskać na to zgodę przełożonych. Kolejnym krokiem było pisemne sporządzenie "Planu werbunku kandydata na tajnego informatora" Oficer musiał jasno sprecyzować podstawę werbunku. Również ten "plan" wymagał pozytywnego zaopiniowania przez przełożonych. Po wstępnej, osobistej rozmowie z "kandydatem" (jak nazywano potencjalnych TW) funkcjonariusz sporządzał pisemną relację z jej przebiegu. Na tej podstawie przełożeni akceptowali bądź wstrzymywali dalszą procedurę względem "kandydata". Jeśli dochodzili do wniosku, że osoba znajdująca się w polu ich operacyjnego zainteresowania, czy operacyjnego sprawdzenia rokuje nadzieje na przyszłość, próbowali dokonać formalnego werbunku. Wytypowanego "kandydata" werbowano albo na tzw. przesłanki ideowe - patriotyczne (czyli próbowano przekonać go do komunistycznego punktu widzenia) lub na tzw. komprmateriały (czyli materiały kompromitujące, dotyczące przeszłości kryminalnej, obyczajowej itp.); szantażem - grożąc np. usunięciem z pracy, więzieniem, a nawet zabójstwem; albo też pozyskiwano w drodze przekupstwa (pieniądze, prezenty, wydanie paszportu, pomoc przy awansie w pracy itd.). Z upływem czasu - sądząc z ujawnianych materiałów - ten ostatni czynnik zaczął odgrywać niezmiernie istotną rolę.

"KABEL" WIĄŻE KONIEC Z KOŃCEM

Tajnych współpracowników sowicie wynagradzano. Zależało to jednak od jakości dostarczanych informacji. Przeciętnie za jeden, dwa, czasem trzy donosy w miesiącu TW otrzymywał mniej więcej równowartość pensji pełnoetatowego pracownika naukowego uniwersytetu. Rację należy przyznać historykowi Ryszardowi Terleckiemu, który stwierdził, że "Jeżeli donosicielem zostawało się ze strachu, to można złośliwie powiedzieć, że w PRL opłacało się być tchórzem". Z czasem ludzi "złamanych - szantażowanych" przez bezpiekę zastąpili "ambitni karierowicze", którzy w ten sposób chcieli wybić się w środowisku, w pracy (szerzej o zarobkach TW - por. krakowskie "Arcana"). Dla wielu osób, zwłaszcza ze środowiska ówczesnych mediów, problemu nie stanowiła kwestia, czy w ogóle współpracować z bezpieką, lecz za ile.

TECZKI TW

Każdy zwerbowany TW zobowiązywał się do zachowania ścisłej tajemnicy i przechodził "płytkie przeszkolenie". Ustalano system kontaktów z oficerem prowadzącym, lokal, sposób pozyskiwania informacji, kamuflaż środowiskowy itp. Każdy TW przyjmował pseudonim (niekiedy więcej niż jeden), którym podpisywał doniesienia i pokwitowania. Tajny współpracownik wpisywany był do Dziennika Rejestracyjnego Agentury, który prowadzono na zasadzie chronologicznej, czyli wg daty pozyskania (np. 5 maja 1962 r. - następny 11 maja 1962 r. itd.) Dziennik prowadził Wydział "C" KPMO, później WUSW. Najczęściej odnotowywano tam imię i nazwisko, dane osobowe, datę pozyskania do współpracy i przyjęty pseudonim (choć później nie było to regułą). Każdy TW rejestrowany był do określonego numeru widniejącego również na karcie inwentarzowej (rejestracyjnej). Od razu zakładano mu dwie teczki - osobową i pracy. W teczce osobowej gromadzono wszystkie dokumenty dotyczące tajnego współpracownika, m.in. podpisane odręcznie zobowiązanie do współpracy, pokwitowania przyjętych pieniędzy, pożyczek, podarków. Teczka pracy obejmowała donosy pisane przez TW. Szczególnie czynni TW posiadali dwie i więcej teczek pracy. Przykładowo TW "Iskra" aktywny od 1946 r. do lat 70. w lubelskim środowisku WiN-u, zdołał złożyć ok. 1800 meldunków - donosów, których pomieścić nie zdołało nawet pięć opasłych tomów. W momencie zakończenia lub zawieszenia współpracy teczkę archiwizowano w Wydziale "C".

Sygnatura akt każdego tajnego współpracownika oznaczona była "jedynką rzymską" (np. I/7280). Już po samej sygnaturze akt (dawnej) przy jakimś nazwisku można więc poznać, czy dana osoba (mówiąc popularnie) była agentem, czy też nie. Jeśli kogoś inwigilowano, rozpracowywano, to jego akta oznaczano "dwójką rzymską" - np. II/7280. Były to tzw. obiektówki. Wszystkie akta procesowe natomiast oznaczano zawsze "trójką rzymską", np. III/7280.

"CIEMNOGRÓD", "BOGOBOJNI" I INNE SO

Najwyższą formą pracy ludzi bezpieki (obok rozpracowań ewidencyjnych i agenturalnych, SOS - Sprawy Operacyjnego Sprawdzenia; SOR - Sprawy Operacyjnego Rozpracowania) były właśnie rozpracowania obiektowe (SO - Sprawa Obiektowa), czyli rozpoznanie i rozpracowanie jakiegoś środowiska, osoby - obiektu przez funkcjonariuszy UB/SB. Każda osoba występująca w rozpracowaniu obiektowym nazywana była "figurantem". Rozpracowanie obiektowe założono na niemal wszystkie formacje opozycyjne - zbrojne i polityczne, środowiska zawodowe, większość zakonów, grupy i środowiska kościelne. Każdej tego typu sprawie nadawano kryptonim. Przykładowo sprawę obiektową dotyczącą rozpracowania środowiska KUL w 1950 r. opatrzono kryptonimem "Bogobojni", później - od 1962 r. "Ciemnogród" i "Olimp", a działaczy Stronnictwa Pracy w Lublinie - kryptonimem "Zlepek" i "Fałszywi"; Zrzeszenie "Wolność i Niezawisłość" to "Ocean" i "Menty".

Na przykład w otoczeniu zgrupowania "Zapory" (Hieronima Dekutowskiego) zdołano pozyskać 63 tajnych współpracowników. Bardzo często pozyskany TW wykorzystywany był w kilku lub kilkunastu sprawach obiektowych i tam również znajdowały się jego donosy, charakterystyki, meldunki, spostrzeżenia. Ich merytoryczna wartość była różna. Zależała od predyspozycji intelektualnych, pozycji środowiskowej i zaangażowania, czyli stopnia oddania sprawie tajnego współpracownika. Jego praca była na bieżąco kontrolowana. Warto zacytować tu Instrukcję 006/70, gdzie w §16 "Kontrola pracy tajnego współpracownika" w pkt 1 zapisano: "Kontrola pracy tajnego współpracownika powinna być prowadzona przez cały okres współpracy. Celem kontroli jest sprawdzenie szczerości tajnego współpracownika wobec Służby Bezpieczeństwa i obiektywności w informowaniu, przestrzeganiu przez niego tajemnicy oraz umiejętności postępowania w toku realizacji zadań. Kontrola ponadto ma na celu sprawdzenie, czy tajny współpracownik nie uległ demoralizacji lub nie podjął przestępczej działalności".

PIENIĄDZE I ZAWYŻANIE STATYSTYK

Jak wspomniano, każdy TW posiadał własnego oficera prowadzącego, u którego "na kontakcie" pozostawało kilku, a nawet kilkunastu tajnych współpracowników. Oficer operacyjny dysponował specjalnym "funduszem operacyjnym" (tzw. Fundusz "O"), którym wynagradzał pracę lub koszta poniesione przez TW. Oczywiście dochodziło także do nadużyć. Niekiedy nieuczciwy funkcjonariusz, chcąc zagarnąć część tego funduszu na własne potrzeby, podsuwał TW do podpisania pokwitowanie na pobranie 1 tys. zł, gdy faktycznie przekazywał mu tylko 500 zł, twierdząc np., że inaczej w ogóle nic nie otrzyma. W sporadycznych przypadkach posuwano się do fikcyjnego zawyżania liczby TW, aby poprawić sobie statystykę i zwiększyć fundusze. Podkreślam - szło tylko o podwyższanie liczby TW w sprawozdaniach - zwłaszcza po zarządzeniu ministra gen. Czesława Kiszczaka z 1982 r., aby każdy funkcjonariusz "miał na kontakcie" 12 źródeł informacyjnych. Nie dotyczyło to jednak w żadnej mierze fałszowania akt - teczek, spraw. Takiej praktyki po prostu nie było. Poza tym sprawy te podlegały wewnętrznej procedurze sprawdzeniowej.
Fikcyjne podbijanie, zawyżanie statystyk - jak twierdzą specjaliści, mogło zostać niewykryte przez dwa, góra trzy kwartały. Oficera przyłapanego na tym procederze najczęściej pozbawiano za to dodatku służbowego. W kwestii tej bardzo czuła była kontrola Głównego Inspektoratu Ministra (GIM).

Funkcjonariusze prowadzący agenturę składali okresowe sprawozdania swoim przełożonym na szczeblu powiatu, województwa, a ci z kolei sporządzali z tego i przesyłali do Warszawy kwartalne, półroczne czy też roczne sprawozdania. Tajni współpracownicy odnotowywani byli w centralnej kartotece. Materiały spływały do Biura "C" MSW, które zajmowało się przede wszystkim kartoteką, a także archiwizowaniem i opracowywaniem niektórych dokumentów. TW stanowili niejako "zdobycz", można by rzec "własność" oficera prowadzącego. O źródle (czyli TW) wiedział tylko pracujący z nim funkcjonariusz i naczelnik wydziału. Prowadzenie pozyskanych do współpracy osób wybitnych i znaczących z reguły przekazywano oficerom wyższych stopni, a nawet wicedyrektorom i dyrektorom określonych departamentów w Warszawie. O randze źródła świadczyło również to, kto je prowadził. Jak pisze Leszek Pietrzak na łamach "Zeszytów Historycznych WiN" - źródło - informator ps. "Lena" vel agent "Maria", ulokowane w środowisku "Zaporczyków", prowadzone było przez samego wiceministra resortu bezpieczeństwa publicznego, gen. Romana Romkowskiego. Musiało więc być to źródło bardzo wysokiej rangi.

ZASADY KOLABORACJI

Wielu tajnych współpracowników aktywnie kolaborowało z ludźmi bezpieki przez kilka, kilkanaście, a nawet dwadzieścia i więcej lat. Jeśli któryś z innych funkcjonariuszy chciał zasięgnąć informacji o jakimś osobniku, czy np. nie został już wcześniej "zawerbowany", musiał się o to zwrócić w sposób pisemny, przy pomocy karty wzoru E-15 (czyli "piętnastki"), odpowiednio motywując cel swoich zainteresowań. Nawet w przypadku potwierdzenia faktu współpracy, inny oficer operacyjny nie był wprowadzany w jej szczegóły. Ściśle przestrzeganą zasadą było też nieinformowanie agentury o innych osobach pozyskanych do współpracy. Przykładowo w jednym dwunastoosobowym zarządzie (władzach) pewnej instytucji, rozpracowywanej pod kryptonimem "Aktywiści", 6 osób było tajnymi współpracownikami SB, lecz żadna z nich nie była o tym poinformowana. Agent nie znał agenta. Reguła ta pozwalała nie tylko na bardziej efektywne sterowanie pracą operacyjną, ale także umożliwiała kontrolę TW, weryfikowanie prawdziwości przekazywanych przez nich informacji itd.

Co pewien czas oficerowie przydzieleni do rozpracowywania konkretnej sprawy - obiektu, sporządzali specjalny "Plan przedsięwzięć operacyjnych do sprawy obiektowej" (np. o kryptonimie "Chadecja" prowadzonej na Polski Związek Katolicko-Społeczny w Lublinie. Określano w nim "kierunki kontroli" oraz "przedsięwzięcia operacyjne". Funkcjonariuszom wyznaczano termin pozyskania konkretnych nowych TW (np. 3-4 miesiące). Po upływie określonego terminu byli rozliczani z konkretnych wyników. Warto zauważyć, iż podczas resortowych narad i w materiałach ich dotyczących - opatrzonych często najwyższą klauzulą tajności ("Tajne Spec. Znaczenia" - np. "Egz. Pojedynczy", "Zakaz sporządzania odpisów" itd.), nawet tam nie ujawniano nazwisk - danych osobowych TW, posługując się wyłącznie ich pseudonimami.

W szczególnych przypadkach współpraca z TW mogła zostać czasowo zawieszona, lecz fakt ten musiał być odnotowany w teczce tajnego współpracownika ("Instrukcja", s. 63-64 §17, p. 5-9). W celu większej konspiracji można było zarejestrować agenta pod innymi niż faktyczne personaliami.

WIELKIE SIECI BEZPIEKI

Sieć tajnych współpracowników była od lat 1944-45 systematycznie rozbudowywana, a techniki operacyjne udoskonalane. Zaznaczyć należy, iż w 1949 r. MBP posiadało już 53 tys. ludzi, w tym 5 tys. agentów i 48 tys. informatorów. W następnych latach liczba ta uległa zwielokrotnieniu i w 1953 r. było już blisko 120 tys. czynnych agentów i informatorów. Z wielu nie korzystano "na co dzień" - "uruchamiając ich" w razie potrzeby. Jak podaje H. Dominiczak, w l. 1944-64 UB/SB "przewerbowało" w sumie ok. 1 mln ludzi (tyle liczyła kartoteka). Według pracowników IPN, których wyniki badań zasygnalizowano niedawno na łamach "Rzeczpospolitej", do 1989 r. bezpiece udało się pozyskać ponad 3 miliony tajnych współpracowników. (Chodzi tu o całą kartotekę, a nie stan na jeden rok). Brak jeszcze pełnej, wiarygodnej, całościowej statystyki w rozbiciu na poszczególne lata. Niemniej liczba TW nie jest aproksymatywna, czyli można ją będzie ustalić i sformułować wnioski.

Już teraz z grubsza oszacować można, iż skala zjawiska była bardzo duża. W ciągu kilkudziesięciu lat wytężonej i z reguły profesjonalnej pracy ludziom bezpieki udało się nasadzić agenturę bądź ją zwerbować w niemal wszystkich środowiskach opozycyjnych - politycznych, kościelnych, społecznych, branżowych itd.

NISZCZENIE TECZEK

Po przemianach 1989 r. rozpoczęto niszczenie akt byłego MSW, a w szczególności teczek agenturalnych. Karty tajnych współpracowników usuwano z kartoteki ewidencyjnej. Akt ten nie zawsze oznaczał definitywne zerwanie tajnej współpracy z tymi osobami. Część z nich była nadal wykorzystywana operacyjnie. Świadczy o tym zarządzenie wydane przez podsekretarza stanu w MSW i szefa WUSW w Warszawie gen. bryg. Henryka Dankowskiego - z 26 czerwca 1989 r. (opatrzone klauzulą "Tajne spec. znaczenia"), w którym czytamy:

"Ze względu na sytuację, jaka wytworzyła się po wyborach do Sejmu i Senatu, proszę o przesłanie w trybie pilnym na moje ręce następujących dokumentów:

1. Charakterystyk aktualnie wybranych posłów i senatorów, będących naszymi tajnymi współpracownikami. Niezależnie od informacji w charakterystykach proszę uwzględnić stopień związania ich z naszą służbą, dyspozycyjność w realizacji zadań, a także ugrupowanie polityczne, które reprezentują.

2. Charakterystyk osób, które nie są formalnie tajnymi współpracownikami, lecz z którymi w różnej formie utrzymywany jest stały lub okresowy kontakt operacyjny. W charakterystykach tych zawrzeć dane podobne jak w punkcie 1.
Osoby z w/wym. grup, które są zarejestrowane w ewidencji biura 'C' (tajni współpracownicy, kontakty bądź zabezpieczenia) należy zdjąć z ewidencji operacyjnej. Zdjęcie z ewidencji nie powinno oczywiście oznaczać przerwania kontaktu operacyjnego. Przeciwnie należy podejmować różnorodne działania, by osoby te były coraz silniej związane z nami i coraz bardziej dyspozycyjne w realizacji zadań (o zdjęciu z ewidencji nie należy w zasadzie informować tych osób).
Sprawę proszę traktować jako wyjątkowo delikatną, a informacje o powyższym zleceniu winny znać bezpośrednio osoby zainteresowane. Gen. H. Dankowski".
Tekst cytowanego dokumentu opublikowany został w książce Michała Grockiego o do dziś aktualnym tytule "Konfidenci są wśród nas".

LUSTRACJA JESZCZE MOŻLIWA

Biorąc pod uwagę skalę i całokształt zjawiska, trudno się dziwić, że tak trudno w Polsce było uchwalić rozsądną ustawę lustracyjną, nie mówiąc już o wcielaniu jej w życie. Bez wątpienia wpływ na jej kształt oraz egzekucję miały osoby wcześniej uwikłane w operacyjne zależności ludzi bezpieki. Względy polityczne decydowały o tym, że wielu ewidentnych, wieloletnich tajnych współpracowników UB/SB (agentów) uznano za ludzi uczciwych, ewentualnie pomówionych. Spora grupa bezpośrednio zainteresowanych naiwnie sądziła, że zniszczenie "teczki osobowej" i "teczki pracy" spowoduje całkowite zatarcie śladów ich współpracy. O ile zniszczono znaczną część archiwaliów, to nie zdołano zniszczyć ewidencji tajnych współpracowników. Na podstawie powoli odkrywanych i udostępnianych naukowcom akt służb specjalnych PRL, przejmowanych przez Instytut Pamięci Narodowej, stwierdzić można, iż nadzieje takie należy uznać za płonne. Nie potwierdzają się też propagowane pogłoski o rzekomym fałszowaniu akt byłej SB.

Dotychczas nie stwierdzono ewidentnego przypadku sfałszowania choćby jednej teczki agenta bądź informatora.
Z reguły ślady pracy TW znajdowały się i znajdują w tylu różnych miejscach, że niejednokrotnie możliwe jest nie tylko jej ustalenie, określenie charakteru i sposóbu wykorzystania, ale nawet odtworzenie wcześniej zniszczonych "teczek pracy". Cały materiał archiwalny bezpieki jest kompatybilny i logicznie współgra ze sobą. Trzeba też zwrócić uwagę na fakt, iż nigdy nie przewidywano, że zostanie on kiedykolwiek udostępniony osobom postronnym, badaczom - naukowcom. Wytwarzany był wyłącznie na potrzeby operacyjne, co jeszcze bardziej zwiększa jego atrakcyjność i wiarygodność.

Mirosław Piotrowski

Autor jest kierownikiem Katedry Historii Najnowszej w KUL

 

 

 kontakt z nami:
    info@videofact.com  

VideoFact polska strona