Zarys emigracyjnej dzialanosci politycznej Tadeusza Katelbacha (1945-1977).  

Kiedy skończyła się wojna, Katelbach przekroczył pięćdziesiątkę, nie uważał jednak, by pokolenie do którego należał skończyło już swą rolę w życiu narodu. Miał przed sobą jeszcze 30 lat życia. Były to lata bogate w niezliczoną ilość wydarzeń. Jego praca, już od najmłodszych lat, związana była z polityką. A polityka była dla Katelbacha największą miłością. Nawet z chwilą, kiedy legalnemu rządowi odmówiono uznania, a droga powrotu do Polski była zamknięta, Katelbach nie narzekał na brak zajęcia. Owszem, jak wielu innych, narzekał na brak środków do życia, lecz pracy mu raczej przybywało. Wszystko co potrafił w życiu robić związane było z polityką. Swoje zdolności i umiejętności oddał więc „Polsce na wygnaniu”. Dla niej żył i pracował.

Pracę tę podzieliłem na trzy części. W pierwszej przybliżę działalność Katelbacha w Londynie (w latach 1945-1955), w drugiej wspomnę jego pracę w Radiu Wolna Europa (1955-1965), zaś w ostatniej pobyt w Nowym Jorku (1966-1977).

W polskim Londynie

Do jednych z najcięższych okresów w życiu senatora Katelbacha należał niewątpliwie ten bezpośrednio powojenny. Swój ówczesny smutek przelał na karty prowadzonego starannie dziennika. Pisząc w nocy, pod datą 7 maja 1945 roku zanotował jakże charakterystyczne słowa dla całej wojennej emigracji polskiej: „Wieść o zakończeniu wojny złapała nas w kinie >Odeon<, na Swiss Cottage. Była godzina 8 wieczorem. Wyszliśmy na ulicę po 10-ej. Gdy stanąłem w oknie uderzył mnie w paru punktach miasta widok łun. Tym razem nie były to łuny pożarów – lecz oświetlonych placów wielkiego Londynu. Jeszcze jeden nieznany widok. Przez cały dzień panował na ulicach ogromny ruch. W godzinach popołudniowych zrobiło się w dodatku słonecznie i ciepło. Nie braliśmy w tych zapowiedziach V-day żadnego udziału. Występowaliśmy w roli gapiów. Byłoby inaczej gdyby ten dzień zapowiadał także nasze zwycięstwo. Na pewno Polacy byliby na ulicach Londynu grupa najbardziej z radości szalejącą. Szaleliby na myśl, że wracają do Polski! Zamiast tego, cisną się na usta same przekleństwa. Chcemy, aby się te V-day’e skończyły. Mamy uczucie straszliwej, niezasłużonej krzywdy jaka nas spotyka”. Innym razem, już po uznaniu przez Aliantów rządu Osóbki-Morawskiego, wyraźnie przybity i targany bezustannymi wątpliwościami wyznał: „Wszystko jeszcze długo trzeba będzie przetrawiać i oswajać się z myślą, że zacznie się żyć w świecie, który nas nie rozumie i chyba nigdy nie zrozumie. Czy poruszając się w nim zdołamy wskrzesić w sobie wiarę w lepszą przyszłość narodu?”.

Powyższe słowa w pełni oddają klimat panujący wówczas w polskim Londynie. Osobiście Katelbach nie stanął nigdy przed dylematem: „wracać czy nie wracać?”. O pozostaniu na emigracji decydowały wyłącznie przekonania polityczne – przede wszystkim jego antykomunizm i przywiązanie do legalnych władz. Z drugiej strony, polityczny realizm podpowiadał mu, że Polsce, bez względu na jej nowe ramy ustrojowe, potrzebni są ludzie gotowi podźwignąć ją z wojennej ruiny. „...Polska, wszystko jedno jaka – pisał – potrzebować będzie, zwłaszcza w pierwszych latach powojennych – ludzi, ludzi, ludzi. Więc im więcej pojedzie, tym lepiej3. Miał na myśli zwyczajnych uchodźców wojennych, tych z obozów i oflagów, „bezrobotnych” żołnierzy Polskich Sił Zbrojnych. W przeciwieństwie do „londyńczyków z pierwszego szeregu”, którym w komunistycznej Polsce groziło prześladowanie i śmierć, ci „zwyczajni” mieli szansę na podjęcie w miarę normalnego życia, choć także nie zawsze z powodzeniem.

Katelbach należał do tego pokolenia emigrantów politycznych, których nazwano później „nieprzejednanymi”. Od początku uchodźczej tułaczki aż do śmierci w 1977 roku, stał na gruncie legalizmu – uznawał konstytucję kwietniową i ciągłość władz RP na obczyźnie. Uważał, że zadaniem setek tysięcy „bezpaństwowych” uchodźców rozrzuconych po całym świecie, skupionych wokół rządu reprezentującego ciągłość konstytucyjną państwa polskiego, którego tytułów legalnych nie zdoła pozbawić żaden akt mocarstw cofających rządowi uznanie, jest pomoc Krajowi, „by pokonał bezdroża jakie mu grożą”. Jednocześnie, widząc słabość a nawet małość ludzi tworzących gabinety emigracyjne, zdawał sobie sprawę, że legalny rząd Rzeczpospolitej – dla rzeszy wychodźstwa sztandar niepodległości Polski – to zbyt mało żeby wygrać batalię z sowieckim najeźdźcą. Był pełen obaw, czy aby legalizm polski nie stanie się „rekwizytem pobożnych życzeń”.

Bezpośrednio po wojnie, Tadeusz Katelbach, jako urzędujący jeszcze szef wydziału niemieckiego w Ministerstwie Informacji i Dokumentacji, osiadł na stałe w Londynie. Częściej niż zwykle odwiedzał wtedy prezydenta Władysława Raczkiewicza – swojego kolegę z czasów działalności w Zecie. Niewątpliwie, u schyłku życia Raczkiewicza, Katelbach należał do grona najbliższych współpracowników prezydenta. Zapewne podczas tych spotkań narodziła się myśl opracowania dzienników prezydenta. Raczkiewicz otworzył swoje archiwa i powierzył senatorowi opisanie jego prezydentury. Niestety, wkrótce Władysław Raczkiewicz zmarł. Dla Katelbacha był to kolejny cios. Mimo licznych krytyk, których prezydentowi nie szczędził, Raczkiewicz należał do ostatnich autorytetów politycznych senatora. Po śmierci prezydenta, z upoważnienia jego żony Jadwigi, ale w porozumieniu z nowym prezydentem Augustem Zaleskim, Katelbach przystąpił do opracowania dziennika Raczkiewicza. Dziennik obejmował lata 1939-1947, zawierał jednak „tajemnice państwowe, tajemnice wojskowe, organizacji ruchu podziemnego w Polsce, opinie przełożonych o podwładnych, tajemnice osób trzecich jeszcze żyjących oraz poufne sprawy tyczące się pertraktacji międzynarodowych związanych ze sprawami polskimi”, co ostatecznie zadecydowało o zaniechaniu dalszego opracowania i wydania pamiętnika prezydenta.

Od lat międzywojennych Katelbach uchodził za znawcę spraw niemieckich. Z jego wiedzy na ten temat korzystano podczas wojny. Znajomość tematyki niemieckiej sprawiła, że i po wojnie powierzono mu odpowiedzialne zadanie zorganizowania pomocy Polakom znajdującym się na terenie Niemiec. Zajmował się tym w końcowym etapie pracy w Ministerstwie Informacji, a później w Społecznym Komitecie Pomocy Obywatelom Polskim w Niemczech w którym pełnił funkcję Sekretarza Generalnego. W 1947 roku wszedł także do kierowanego przez premiera gen. Tadeusza Bora-Komorowskiego Komitetu dla Spraw byłych Jeńców i Wysiedleńców. W 1948 roku Katelbach znalazł się w elitarnym gronie wykładowców polskiej Szkoły Nauk Politycznych i Społecznych w Londynie obok takich osobistości jak Marian Kukiel, Tytus Komarnicki, Henryk Paszkiewicz czy Stanisław Stroński. W latach 1948-1955 prowadził tam wykłady, głównie na tematy niemieckie.

Z chwilą kiedy Amerykanie zdecydowali się na utworzenie polskiej sekcji Radia Wolna Europa, jej pierwszy dyrektor Jan Nowak Jeziorański przystąpił do tworzenia zespołu. Na pierwszej liście dyrektora RWE znalazł się także Tadeusz Katelbach. Nowak cenił senatora, w jednym ze swoich listów do Sosnkowskiego napisał: „P. Katelbach (...), może zawsze liczyć na to, że każda oferta współpracy dziennikarskiej z jego strony spotka się z mojej strony z najżyczliwszym przyjęciem”. Istnieje podejrzenie, że Amerykanie byli zainteresowani Katelbachem, myślano być może o jakiejś daleko idącej formie współpracy. Jednak Katelbacha interesowała wyłącznie publicystyka i praca redakcyjna, a nie praca na rzecz obcego wywiadu. Ostatecznie, zbyt duży format, osobowość i popularność byłego senatora RP zadecydowały, iż nie przyjęto go do pracy w Monachium. Wprawdzie Katelbach znalazł się w pierwszym, szerokim zespole sekcji polskiej RWE, lecz tylko w charakterze londyńskiego korespondenta rozgłośni.

Tadeusz Katelbach pozostał więc w Londynie. Z uwagi na chroniczny brak środków finansowych, powojenny okres londyński należał do najcięższych w życiu Katelbacha. Wypełniała go przede wszystkim działalność publicystyczna – głównie na łamach „Dziennika Polskiego” – oraz polityczna, skupiająca się na wspieraniu wysiłków gen. Kazimierza Sosnkowskiego w dziele jednoczenia emigracji.

Wokół akcji zjednoczeniowej

Konstytucja kwietniowa nie była dla Katelbacha szczytem marzeń. Była jednak konstytucją legalną, zapewniającą ciągłość państwa i jego władz. Przywoływał czasem słowa Mikołajczyka, którego nazywał „zdrajcą sztandaru legalizmu”: „Konstytucja kwietniowa jest prawną podstawą działania władz państwowych z Prezydentem i Rządem na czele i za taką, wobec niemożności jej zmiany poza granicami Państwa, musi być i będzie uznawana”. Katelbach z radością przyjął tzw. „umowę paryską”, potwierdzoną przez Raczkiewicza w mowie z 30 listopada 1939 r. Według naszego bohatera było to „dowodem rozumu politycznego” władz emigracyjnych. Kiedy prezydentem został August Zaleski – według opinii Katelbacha człowiek „zimny i aspołeczny” – rozpoczął się proces świadomego rozbicia politycznego. Prezydent Zaleski zmarnował dorobek morlano-prawny Raczkiewicza – w niepamięć poszła idea, że Rząd musi być przede wszystkim Rządem Jedności Narodowej. Ratować sytuację próbował Sosnkowski. W jednej z książek Katelbach pisał: „Zaleski liczył w duszy, że akcja Sosnkowskiego zakończy się fiaskiem, a on, odpowiedzialny nadal symbolicznie tylko przed Bogiem i historią, otoczony swoim kołem masońskim, aranżujący różne chwyty, pozorujące jego rzekomy demokratyzm, „władać” będzie duszami naiwnych mas polskich, przywiązanych głęboko do słowa – Prezydent, które skupia w sobie najdroższy dla wszystkich Polaków – Majestat Rzeczpospolitej”. Podczas akcji zjednoczeniowej Katelbach stał wiernie u boku generała, widział z bliska poparcie społeczeństwa polskiego dla programu zjednoczenia. Kiedy podpisano 14 marca 1954 roku Akt Zjednoczenia wydawało się, że jedność polityczna emigracji została osiągnięta. Jednak odpowiedzią Zaleskiego na wysiłki Sosnkowskiego była „akcja antyzjednoczeniowa”, która niewątpliwie przyczyniła się do kompromitacji emigracji. Swoją postawą prezydent dostarczał argumentów reżimowi, który od tej pory nazywał emigrację „emigrandą”.

 

Mówi Radio Wolna Europa – Głos Wolnej Polski...

Trudności finansowe sprawiały, że Katelbach coraz częściej myślał o wyjeździe do Stanów Zjednoczonych. Już w połowie 1955 roku dowiadywał się na temat możliwości zatrudnienia w Bibliotece Kongresu USA. W konsulacie amerykańskim złożył podanie o wizę.

Nieoczekiwanie, najpewniej na początku stycznia 1956 roku, Nowak Jeziorański zaproponował Katelbachowi dwumiesięczną pracę w RWE. Katelbach przyjął propozycję. Osobami, które wsparły wniosek Nowaka wobec Amerykanów byli: generał Sosnkowski oraz prezes Stronnictwa Narodowego Tadeusz Bielecki. Wkrótce okazało się, że pobyt Katelbacha w „ładnej wioszczyźnie monachijskiej” znacznie się przedłuży i potrwa prawie 10 lat.

Tak więc, po latach „klepania biedy” w Londynie nadeszła w końcu okazja, aby uporządkować życie. Stały etat w rozgłośni pozwalał przede wszystkim na godne i w miarę stabilne życie. Praca w RWE nie entuzjazmowała zbytnio Katelbacha. Zdawał sobie sprawę, że „amerykańscy chlebodawcy” nie uznają legalnego rządu i współodpowiadają za niewolę Polski. Raził go duch amerykańskiej „kurateli” „krążący po wszystkich pokojach sekcji polskiej”. Ten nieprzyjemny klimat panujący w rozgłośni rekompensowała mu po części bliskość Polski, z której codziennie dopływały nowe informacje. W sekcji polskiej RWE Katelbach odpowiadał za przygotowanie słynnych „Faktów, wydarzeń, opinii”, które redagował wspólnie z Władysławem Wolskim, Włodzimierzem Sznarbachowskim, Stanisławem Zadrożnym i Józefem Ptaczkiem. Na łamach „Faktów...” opowiadał Katelbach o kulisach polskiej polityki międzywojennej. W swoich komentarzach wiele uwagi poświęcał historii Polski, sprawom litewskim, misji kowieńskiej, polemikom z reżimową prasą, znanym postaciom polskiego życia kulturalnego i politycznego czy też zapomnianym Polakom z terenów Związku Sowieckiego.

Życie w Niemczech nie sprawiało mu większych kłopotów, znał bowiem doskonale Niemców, ich język, kulturę i obyczaje. Niemal z marszu poznał wielu niemieckich uczonych – m.in. profesora Uniwersytetu Monachijskiego Georga Stadtmüllera Cieszyło go „antysowieckie nastawienie” Niemców. Kontakty te pozwoliły Katelbachowi na opublikowanie na łamach niemieckich pism kilku tekstów poświęconych stosunkom polsko-niemieckim. Reprezentując polski Instytut Badań Spraw Międzynarodowych z Londynu, w porozumieniu z Instytutem Wschodnim w Tybindze, przygotowywał tzw. spotkania profesorskie, będące próbą nawiązania stosunków polsko-niemieckich w obliczu wspólnego, sowieckiego wroga. Od końca lat 50., aż do opuszczenia Niemiec w 1965 roku, tematyka niemiecka zdominowała publicystykę Katelbacha. Swoje korespondencje na temat perspektywy zjednoczenia obu państw niemieckich, stosunków polsko-niemieckich, związku wypędzonych, niemieckiego antysemityzmu czy polityki wschodniej RFN zamieszczał m. in. łamach nowojorskiego „Nowego Świata” i londyńskiego „Dziennika Polskiego i Dziennika Żołnierza”.

Do kręgu monachijskich przyjaciół Katelbacha należeli Stanisław Głuski (który przybył z Londynu), Włodzimierz Sznarbachowski, Stanisław Wujastyk i Kazimierz Wierzbiański. Z Neapolu przyjeżdżał czasem Gustaw Herling Grudziński. Jednak w monachijskim zespole RWE coraz częściej dochodziło do różnych konfliktów, atmosfera tam panująca nie sprzyjała dobremu samopoczuciu. Praca w RWE nie dawała Katelbachowi już żadnej satysfakcji. „Mam już po uszy instytucji w której pracuję – skarżył się Katelbach – Kto tego nie doświadczył na własnej skórze nie jest w stanie zrozumieć co znaczy pisanie od blisko 10 lat >na zamówienie< mając stale na uwadze czy odpowiada to >polityce< chlebodawców, wrażliwościom gospodarzy i humorom rodzimych elementów kierowniczych”. W 1962 roku Katelbach skończył 65 lat osiągając tym samym wiek emerytalny. Wszystkich pracowników RWE obowiązywało w tym względzie prawo amerykańskie. Senator liczył się z tym, że straci pracę, zaczął więc przygotowywać się do opuszczenia Niemiec. Z dniem 31 lipca 1965 roku otrzymał wypowiedzenie z pracy ze względu na wiek. Nie zważając na to, Nowak Jeziorański zapewnił Katelbacha, że mimo osiągnięcia wieku emerytalnego będzie mógł pracować w rozgłośni jeszcze rok, do końca lipca 1966 roku. Propozycję Nowaka przyjął Katelbach z zadowoleniem. W liście do Sosnkowskiego pisał: „Zgodziłem się na przedłużenie nie tyle ze względów materialnych. Po prostu będę miał więcej czasu do zastanowienia się nad pytaniem: co dalej? Ani decyzja przeniesienia się do Ameryki, ani powrót do Londynu wcale mnie nie przeraża jeśli nic się w mej kondycji fizycznej nie zmieni na gorsze. Potrafię jakoś zarobić na skromne utrzymanie dla dwóch osób. Do Ameryki ciągnie nas córka. Mnie bliskość Arundelu [miejscowość w Kanadzie w której mieszkał gen. Sosnkowski – przyp. S. C.]. Ale w Anglii z posiadanym >kapitałem< i możliwościami zarobku można było by się materialnie lepiej urządzić”. Jednak dyrektor RWE słowa nie dotrzymał. W listopadzie 1965 roku Katelbach powiadomił przebywającą w Seattle córkę, że musi nagle opuścić Monachium, gdyż Amerykanie zażądali usunięcia go z pracy. Katelbach był przekonany, że decyzję podjął osobiście szef sekcji polskiej RWE. Nie wiadomo co bezpośrednio mogło zadecydować o usunięciu Katelbacha.

8 grudnia 1965 roku państwo Katelbachowie opuścili Niemcy zachodnie i przez Londyn wyjechali na stałe do Ameryki. Katelbach bardzo przeżył konflikt z Nowakiem. Nie wiele brakowało a zapłaciłby za to życiem. Po przybyciu do Seattle dostał ataku serca. Nie mógł pogodzić się z myślą, że został w taki sposób oszukany. Niemalże z dnia na dzień znalazł się bez pracy, a wysokość jego emerytury zależała od dobrej woli szefa RWE. Katelbach szybko „stanął na nogi” i w połowie 1966 roku przeniósł się do Nowego Jorku. W ten sposób otwierał się ostatni etap jego życia.

 

Wśród przyjaciół w Instytucie Piłsudskiego

W Nowym Jorku od 1943 roku istniał Instytut Piłsudskiego. Była to instytucja skupiająca środowisko piłsudczyków rozsianych na ziemi amerykańskiej. Wśród nich byli m.in. Wacław Jędrzejewicz i Adam Koc, których przed wojną różniło z Katelbachem bardzo wiele. Jednak podobieństwo emigracyjnych losów zbliżało nawet dawnych antagonistów. To też po przyjeździe do Nowego Jorku naturalnym środowiskiem polityczno-towarzyskim Katelbacha byli członkowie Instytutu Piłsudskiego. Spotkał tam swoich przyjaciół z Zetu – Wiesława Domaniewskiego i Stanisława Gierata. Dzięki Gieratowi, który był prezesem Stowarzyszenia Polskich Kombatantów w Ameryce, Katelbach poznał środowisko weteranów. Bardzo chętnie brał udział w spotkaniach organizowanych przez SPK w którym stał się prawdziwym autorytetem. Poza tym, stosunkowo „niedaleko”, bo w Kanadzie mieszkał generał Kazimierz Sosnkowski – wciąż największy z żyjących autorytetów Katelbacha.

Pierwsze miesiące pobytu w Nowym Jorku upłynęły pod znakiem urządzania się. Już w sierpniu 1966 roku wziął udział w milenijnych obchodach Święta Żołnierza Polskiego koło Dover w New Jersey. Wygłosił tam główne przemówienie do sześciu tysięcy kombatantów i harcerzy polskich. Życie w Ameryce zmuszało do znalezienia stałego zajęcia. Pomagał mu w tym generał Sosnkowski, który w październiku 1966 roku zwrócił się z prośbą do Damiana Wandycza o zatrudnienie Katelbacha w Polskim Instytucie Naukowym. Z pracy w PIN-ie nic jednak nie wyszło. Pozostawało więc zarobkowanie piórem. Publikował w tym czasie w „Kombatancie w Ameryce”, „Dzienniku Związkowym”. Tradycyjnie już pisywał także do prasy w Londynie. Kiedy w 1971 roku powstał w Nowym Jorku „Nowy Dziennik” Katelbach został jednym z jego czołowych publicystów. Poza zarobkowaniem piórem, trafiały się czasem dorywcze zajęcia, jak na przykład porządkowanie archiwów Instytutu.

Przeciwko żywotnym interesom PRL

Początek lat siedemdziesiątych to w przekonaniu „niezłomnych” okres „ofensywy reżimu” na środowiska emigracyjne, w szczególności zaś na Polonię amerykańską. Na terenie amerykańskim pierwszym tego symptomem było stopniowe porzucanie niepodległościowych imponderabiliów przez część działaczy polonijnych. Pierwsze „fermenty” w szeregach emigracji w Stanach pojawiły się u schyłku lat sześćdziesiątych. W najmniejszym stopniu dotyczyły one nowojorskiego Instytutu Piłsudskiego. Mimo tego, kiedy okazało się, że jeden z jego członków – Marian Kamil Dziewianowski – „nawiązał kontakty z reżymem komunistycznym w Polsce”, władze Instytutu postanowiły stanowczo zareagować. 25 września 1969 roku, podczas posiedzenia Rady Instytutu Piłsudskiego, prezes Jan Fryling wnioskował o skreślenie Dziewianowskiego z listy członków.

Z biegiem czasu, stosunek do PRL-u coraz częściej dzielił zarówno starą Polonię, jak i wojenną emigrację polityczną. Konflikty stawały się coraz ostrzejsze, dosięgając swoim zasięgiem tak zasłużone dla życia polonijnego instytucje jak Fundacja Kościuszkowska, Polski Instytut Naukowy czy Kongres Polonii Amerykańskiej. Spór wokół PRL-u podważał w pewnym stopniu sens oporu wobec komunizmu a przez to i dalsze trwanie na emigracji. W przekonaniu emigracji – dla której PRL była tworem sowieckim – zachwyty nad sukcesami ekipy Gierka były oznaką słabości i zdrady.

Tadeusz Katelbach był pierwszym spośród publicystów polonijno-emigracyjnych, który już w 1967 roku zwracał uwagę na próbę rozbicia Polonii amerykańskiej przez komunistów i ich agentów prowadzących tzw. akcję „budowania mostów” pomiędzy PRL a Polakami za granicą. Raziło go częściowe uzależnienie prasy polonijnej od reklam „reżimowych instytucji” w rodzaju PKO, „Orbisu” czy LOT-u.

Jednak zasadniczy przełom w życiu niepodległościowej emigracji i Polonii amerykańskiej nastąpił na początku 1972 roku, kiedy w ramach tzw. Project Pole na rynku amerykańskim pojawiła się książka Poland wydana staraniem Zakładów Naukowych w Orchard Lake. Poland, wydana w nakładzie 60 tys., była szeroko reklamowana w prasie amerykańskiej, przedstawiano ją jako pozycję dokumentującą wkład Polski w rozwój cywilizacji i kultury zachodniej. Treść książki – choć adresowanej głównie do Amerykanów – wywołała falę oburzenia wśród antykomunistycznie nastawionej społeczności polskiej w Ameryce. Już okładka książki pozostawiała wiele do życzenia – pośród licznych zdjęć wkomponowano fotografię przedstawiającą obchody święta 22 lipca. W tej bogato ilustrowanej pozycji widniały podobizny wybitnych „mężów stanu” Polski Ludowej – Bieruta, Gomułki i Gierka. W części historycznej pominięto natomiast ojców niepodległości z 1918 roku: Piłsudskiego, Dmowskiego czy Witosa. Na próżno też szukać wzmianki o wojnie 1920 roku. Agresję sowiecką z września 1939 roku przedstawiono jako „wejście” Armii Czerwonej na wschodnie terytoria Polski. Autorzy Poland nie zawahali się nawet przypisać Niemcom zbrodni katyńskiej. Z chwilą ukazania się książki w środowisku polonijnym zawrzało.

Kiedy 1 marca 1972 roku zebrały się władze Instytutu Piłsudskiego, Katelbach zgłosił wniosek, aby Rada zajęła ostre stanowisko wobec książki Poland. Obszerny artykuł Katelbacha na temat tej książki ukazał się w „Dzienniku Polskim i Dzienniku Żołnierza”.

Rozbicie w środowiskach polonijnych stało się faktem. Do bojkotowanych w przeszłości placówek dyplomatycznych PRL pielgrzymowali niegdysiejsi „wrogowie ustroju”, wśród nich pojawili się po raz pierwszy polscy księża katoliccy z USA.

W przekonaniu Katelbacha sprawa książki wydanej przez księży z Orchard Lake była jedynie początkiem prowokacji zorganizowanej przez komunistów. Nie bez powodów prowokację tę kojarzono z powstaniem i działalnością Towarzystwa Łączności „Polonia”. Zapewne nie przypadkowo z publikacją książki Poland zbiegła się wizyta w USA Mieczysława Klimaszewskiego, rektora Uniwersytetu Jagiellońskiego, wiceprzewodniczącego Rady Państwa PRL i prezesa Towarzystwa Łączności „Polonia”. I chociaż Klimaszewski przyjechał na zaproszenie Amerykanów, którzy przyznali mu doktorat honoris causa Alliance College w Cambridge Springs, to zamiarem konsulatu było wykorzystanie jego pobytu w Nowym Jorku do otwarcia nowej ery w relacjach Polonii amerykańskiej z PRL.

Wizytę Klimaszewskiego zbojkotowali kombatanci, Instytut Piłsudskiego, część prasy polonijnej oraz kardynał Jan Król. Rozeszły się wtedy drogi środowiska niepodległościowego w Nowym Jorku z Fundacją Kościuszkowską. Katelbach obawiał się, że celem „ofensywy reżimu” może się stać również Instytut. Katelbach był pewien, że reżim komunistyczny sięga po „rząd dusz” nad społecznością polonijną. „Zaczyna od opanowania jej wierzchołków – pisał w „Listach do Polaków” – Opanowawszy je chce później narzucić ogółowi >wskazania< przeciwko którym od dwudziestu siedmiu lat buntuje się w kraju zniewolony naród. Mami naiwnych miłym sercu każdego Polaka pięknym papierkiem w który owija cukierek, pełen trujących ingrediencji. Tysiące odwiedzające kraj ojców zjada te cukierki i po powrocie głosi, że Polska jest piękna, że się odbudowuje, że w czasie kilkutygodniowego pobytu w kraju wcale się komunistów nie widzi. (...) Nie wolno dopuścić, by >rząd dusz< nad Polonią Amerykańską znalazł się w rękach nasłanych komunistów i współpracujących z nimi różnych działaczy polonijnych w cywilu czy sutannie. Ostatnich coraz więcej”.

Księża patrioci w Ameryce

Zdaniem Katelabcha, najbardziej podatną na „wpływy reżimu” była grupa polskich księży katolickich skupionych wokół seminarium w Orchard Lake oraz Amerykańskiej Częstochowy w Doylestown w Pensylwanii. W połowie 1973 roku ukazał się jego artykuł pod znamiennym tytułem Księża patrioci w Ameryce. W artykule tym zwracał Katelbach uwagę na podobieństwo pomiędzy powojenną działalnością „księży patriotów” a niektórymi duszpasterzami polonijnymi w Ameryce. Tych ostatnich oskarżał o szerzenie „mitu o dobrym Gierku”, który rzekomo naprawił szkody wyrządzone uprzednio Kościołowi. Zwracał także uwagę na pasmo spotkań i przyjęć dla „reżimowych dygnitarzy” podczas których polonijni „księża patrioci” rozpływali się w czułościach pod adresem Gierka i komunistów „pragnących otoczyć Polonię iście ojcowską opieką”.

Artykuł ten był jedynie wstępem do jednego z najgłośniejszych, jak się później okazało, tekstów Tadeusza Katelbacha – Quo vadis, Amerykańska Częstochowo?.

W odróżnieniu do poprzednich artykułów, w tym przypadku Katelbach nie pominął już nazwisk. Ojcu Michałowi Zembrzuskiemu, wikariuszowi generalnemu Zakonu Ojców Paulinów w Ameryce i Sanktuarium Matki Boskiej Częstochowskiej w Doylestown, postawił zarzut współpracy z komunistami. Według Autora artykułu o agenturalnej działalności o. Zembrzuskiego świadczyć miały jego kontakty z niejakim Zenonem Adamkiem, etatowym pracownikiem warszawskiego MSW. Innym wyrazem współpracy Zembrzuskiego z reżimem miały być jego zażyłe kontakty z ambasadą i konsulatem PRL oraz wspomnianym już wcześniej Towarzystwem Łączności „Polonia” do którego zresztą został przyjęty. Wikariusz Amerykańskiej Częstochowy urządzał podobno liczne bankiety dla komunistycznych notabli – Wincentego Kraśko z KC PZPR, ambasadora PRL w USA Witolda Trąpczyńskiego, konsula PRL w Nowym Jorku Kazimierza E. Ciasia czy wiceministra spraw zagranicznych PRL Stanisława Trepczyńskiego. Nie wiadomo czy współpraca o. Zembrzuskiego z PRL związana była z sytuacją finansową w jakiej znalazła się Amerykańska Częstochowa. Istnieje jednak podejrzenie, że dzięki kontaktom z komunistami Zembrzuski uzyskał od nich znaczne kwoty pozwalające spłacić zaciągnięte kredyty.

Tekst Katelbacha wywołał w środowisku polonijnym prawdziwą burzę. Mówiło się nawet, że to polska odmiana afery Watergate. Ostatecznie rozeszły się wtedy drogi Katelbacha z Bolesławem Wierzbiańskim, który od lat drukował artykuły senatora na łamach „Nowego Dziennika”. Wierzbiański miał pretensje do Katelbacha, że nie próbował skonsultować z nim treści artykułu. W prywatnym liście zarzucał mu czarno-białe postrzeganie sytuacji w środowisku Polonii. Zaledwie w dzień po wysłaniu listu do Katelbacha, „Nowy Dziennik” zamieścił anonimowy tekst – Czy próba rozbicia Polonii?. w którym skrytykowano autora Quo vadis, Amerykańska Częstochowo? za opieranie swoich sądów na wątpliwych podstawach i zbyt pochopne wyciąganie wniosków. Natomiast Michał Zembrzuski, w którego przede wszystkim godził tekst Katelbacha, postanowił milczeć. W sprzyjającej mu prasie polonijnej pojawiły się jedynie słowa potępienia pod adresem byłego senatora RP, którym towarzyszyła za zwyczaj apologia budowniczego sanktuarium w Doylstown. Najmocniejszym akcentem nagonki na Katelbacha miał być artykuł autora ukrywającego się pod inicjałami „J. B.” zamieszczony w chicagowskiej „Polonii”. Pisał on, że „nad artykułem Katelabcha nie może zawisnąć milczenie”, dlatego sprawę oddaje do sądu. Jednak do żadnego procesu sądowego nigdy nie doszło. Echa artykułu Katelbacha dotarły nawet nad Wisłę. W tydzień po ukazaniu się Quo vadis, Amerykańska Częstochowo? warszawski „Expres Wieczorny” zamieścił artykuł korespondenta PAP w Londynie pt. Skandal stulecia i ostatni sprawiedliwy. Jego autor – Jerzy Koreywo – postulował zamknięcie Katelbacha w zakładzie psychiatrycznym.

Zarzuty Katelbacha były na tyle poważne, iż sprawą zainteresowała się Stolica Apostolska i prasa amerykańska. Niemal w rok po publikacji Katelbacha wyszło na jaw, że Watykan powołał specjalną dwuosobową komisję dla zbadania sytuacji finansowej w Doylstown. W efekcie kontroli przeprowadzonej w klasztorze, na wiosnę 1975 roku o. Zembrzuski stracił posadę Wikariusza Generalnego Ojców Paulinów w Stanach Zjednoczonych. Sprzyjająca mu wciąż prasa polonijna w Ameryce starała się pominąć milczeniem „niegospodarność” Zembrzuskiego. Uderzyła za to w patriotyczną nutę, obwieszczając Polakom, że jak przed wiekami trzeba było bronić Częstochowy przed potopem szwedzkim, tak dziś należy ratować jej amerykańską namiastkę przed zalewem problemów finansowych. Akcji tej przewodził „Nowy Dziennik”, który nie omieszkał zaatakować nawet Watykanu za rzekome przygotowanie zamachu na polskość Amerykańskiej Częstochowy czego potwierdzeniem miało być usunięcie z klasztoru o. Zembrzuskiego. Po dwóch latach bezustannych oskarżeń i niekończących się polemik, Tadeusz Katelbach mógł w końcu z satysfakcją napisać: „Pisząc swój artykuł przed dwoma laty chciałem bronić sanktuarium religijno-narodowe Polonii amerykańskiej przed jego faktycznym przeorem w osobie Zembrzuskiego. Miałem wciąż nadzieję, że może sprawdzi się polskie przysłowie, że >dłużej klasztora niż przeora<. Teraz, jeśli mi tylko zdrowie pozwoli, pojadę do Doylstown, by podziękować Bogu za to, że nie ma już w sanktuarium tego, który wprawdzie założył Amerykańską Częstochowę, lecz później sam spowodował potop, który groził jej zalaniem. Wierzę głęboko, że pod nowym kierownictwem i dzięki opiece i pomocy kardynała Jana Króla sanktuarium rozwinie się w całym blasku i świetności”.

Środowiska emigracji wojennej, szczególnie londyńskiej, dość entuzjastycznie przyjęły „kontrowersyjne artykuły” Katelbacha. Ich treść oraz wywołana dyskusja ani na chwilę nie zachwiała wysoką pozycją Katelbacha w „polskim Londynie”. Kiedy rozchodziły się drogi senatora z „Nowym Dziennikiem”, jego główną trybuną pozostawał wciąż londyński „Dziennik Polski i Dziennik Żołnierza”. Wyraźnie antykomunistyczne oblicze tekstów Katelbacha przypadło do gustu Józefowi Mackiewiczowi.

Od samego początku „prywatną” i nieco samotną walkę Katelbacha z wpływami komunistycznymi w Ameryce wspierało środowisko SPK z jego prezesem mjr. Stanisławem Gieratem na czele. W 1977 roku, wielki dorobek pisarski oraz bezkompromisowa postawa wobec PRL-u, stały się podstawą do przyznania Katelbachowi prestiżowej nagrody pisarskiej Zarządu Głównego Federacji Światowej SPK. Nagroda SPK była jakby ukoronowaniem całej działalności politycznej i pisarskiej Katelbacha, jej wręczenie zaś stało się okazją do podsumowania życia. Podczas tej uroczystości Katelbach powiedział: „Otrzymałem nagrodę z rąk bliskiej memu sercu organizacji. Jestem starym kombatantem, który brał udział w walkach prowadzonych przez ledwo odrodzone państwo. Do tych wojen przygotowywało się moje pokolenie od czasów gimnazjalnych w organizacjach konspiracyjnych. Niejako więc od chłopca jestem kombatantem i w całym moim długim życiu postawę taką starałem się zachować. I mimo, że zaledwie kilka dni temu skończyłem 80 lat, spoglądając na otaczającą nas rzeczywistość polonijną, powtarzam za Lechoniem: >Nie chcę krwawej rewolucji, ale jakieś pobicie bez łamania kości, jakieś zdarcie kapelusza z głowy byłoby tutaj czystą sprawiedliwością<. Od czasu do czasu zdzierałem też kapelusze z głowy tym, którzy perfidnie usiłowali pod nimi ukryć oblicze zdrajców sprawy, jakiej przysięgaliśmy służyć do końca – niepodległości naszej ojczyzny. Tak, drodzy koledzy, cieszę się, że stary kombatant otrzymał nagrodę literacką właśnie z rąk kombatantów, i że urządziliście uroczystość jej wręczenia, bo jest to dla mnie niejako uroczystość rodzinna. Niech żyje i rozwija się SPK organizacja, która od chwili powstania nigdy nie sprzeniewierzyła się wskazaniom Tego, który spoczął na Wawelu, a Jego sarkofag nieustannie pokrywają kwiaty pamięci narodu”.

Tadeusz Katelbach zmarł w Nowym Jorku 9 listopada 1977 roku. Prezydent Rzeczpospolitej Stanisław Ostrowski odznaczył go pośmiertnie Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski.

Sławomir Cenckiewicz

 

 

wiecej infromacji: 
   info@videofact.com  

VideoFact polska strona  

 

All rights reserved. VideoFact © 1999, 2000, 2001