Wyjazd z PRL

Szpiedzy KGB w Polsce ostrzegali Moskwę o poważnych przeciekach. Na tajnym spotkaniu we wrześniu 1981 roku minister spraw wewnętrznych PRL ogłosił przerażającą wiadomość:

     - Moskwa jest rozwścieczona, że informacje omawiane na posiedzeniach Biura Politycznego już po

     24 godzinach docierają do Solidarności - powiedział.

     To nie było wszystko. Związek znał szczegóły wprowadzenia stanu wojennego, włącznie z jego kryptonimem "Wiosna".

     - Doszło do gigantycznego przecieku - mówił generał Kiszczak.

     Dowództwo Wojska Polskiego nie miało wątpliwości, że w jego szeregach działa agent obcego wywiadu.

Kuklińskiemu przeszedł dreszcz po plecach, gdy dowiedział się o przecieku. O tym, że plan wprowadzenia stanu wojennego nosi kryptonim "Wiosna" wiedziało w Polsce mniej niż 10 osób. Jako jeden z nich automatycznie znalazł się na liście podejrzanych. Jakby sytuacja była nie dość dramatyczna, zrobił niebezpieczny błąd.

     Przed wrześniowym spotkaniem szef sztabu generał Florian Siwicki polecił Kuklińskiemu przygotować tekst przemówienia na temat stanu wojennego. Pułkownik błyskawicznie wypełnił rozkaz, w którym znalazło się zdanie: "Jak zwykle w takich szczególnych przypadkach, pozostaje kwestia użycia broni". Po oddaniu tekstu sfotografował go i przesłał film do centrali CIA w Langley.

     Następnego dnia po otrzymaniu tekstu przemówienia Siwicki żachnął się:

     - Ja tego mówił nie będę, to nie moja sprawa - i wykreślił zdanie o użyciu broni.

     Słowa te znajdowały się w wersji wysłanej do Waszyngtonu. Jeśli tekst przemówienia wydostanie się z CIA, kluczowe zdanie natychmiast go zdradzi. Mimo to wciąż wysyłał informacje. Wkrótce po wrześniowym zebraniu przekazał krótką depeszę:

     "Z uwagi na toczące się śledztwo, zmuszony jestem do zrezygnowania z codziennego informowania o sytuacji. Proszę o oszczędne operowanie przekazywanymi przeze mnie danymi, gdyż jak mi się wydaje moja misja ma się ku końcowi. Dane te łatwo demaskują źródło".

W listopadzie Kukliński został wezwany do generała Jerzego Skalskiego, zastępcy szefa Sztabu Generalnego. Obok niego przy stole konferencyjnym siedziało dwóch pułkowników i inny generał.

     Skalski, blady jak ściana, wskazał Kuklińskiemu miejsce naprzeciwko siebie.

     - Wezwałem was, by zakomunikować dwie istotne informacje - powiedział grobowym głosem. - Po pierwsze, grupa sekretarzy partii zagroziła towarzyszowi Jaruzelskiemu, że jeśli nie wprowadzi stanu wojennego, sama to zrobi. Po drugie, dowiedzieliśmy się z naszych źródeł w Rzymie, że ostatnia wersja planu wprowadzenia stanu wojennego przedostała się do Langley.

     W sali zapadła martwa cisza. Ryszard zdał sobie sprawę, że gra jest skończona. Patrząc tępo przed siebie, starał się z trudem zebrać myśli.

     Miał już się odezwać, kiedy drugi generał wstał z krzesła. Z gestem obrzydzenia powiedział:

     - Jestem przekonany, że przeciek nie pochodzi od nas. Jednak jestem gotów oddać się do dyspozycji prowadzących śledztwo i deklaruję pełne współdziałanie.

     Jakby na rozkaz dwaj pułkownicy złożyli podobne zapewnienia.

     Kukliński zorientował się, że wszyscy patrzą na niego. Czyżby wiedzieli?

     - W pełni zgadzam się z towarzyszami pułkownikami - wydusił

     Generał Skalski przerwał mu:

     - Ja tu nie prowadzę śledztwa! - krzyknął. - Wezwałem was, żeby przedyskutować sytuację.

     Dalej zebranie potoczyło się według ustalonego porządku.

     Więc jednak o mnie nie wiedzą - pomyślał Kukliński. Kiedy wyszedł z gabinetu Skalskiego, zdał sobie sprawę, że niebezpieczeństwo oddaliło się tylko na chwilę. Intensywne dochodzenie kontrwywiadu ujawni jego działalność. To tylko kwestia czasu.

     Pojechał do domu. Był wypalony wewnętrznie, wyczerpany fizycznie. Kiedy żona otworzyła mu drzwi i zobaczyła jego twarz, wykrzyknęła:

     - Ryszard, co się stało!

     - Haniu - odparł znużonym głosem prosto w jej ucho. - Od lat współpracuję z Amerykanami w niebezpiecznej, antysowieckiej operacji. Chyba wpadłem. Mogą mnie aresztować w każdej chwili.

     Mówił do niej w dziwnie oficjalny sposób, chociaż byli małżeństwem prawie trzydzieści lat. Podziękował za jej lojalność i za to, że była bardzo dobrą żoną i matką. Przeprosił, że nigdy nie podzielił się z nią swoją tajemnicą.

     - Ukryjmy się! - błagała go przerażona Hanka. - Ucieknijmy gdzieś!

     - Nie wiem, czy to możliwe - odpowiedział pułkownik Kukliński. - Ale może jest niewielka szansa.

     Pomyślał o swoim przyjacielu Davidzie Fordenie.

     - Amerykanie obiecali, że spróbują mnie stąd wydostać.

     Następnego dnia rano poszedł do pracy, ale po południu wysłał za pomocą "gizmo" sygnał alarmowy. Przekazał słowa, których miał nadzieję nigdy nie nadać:

     "Władze wiedzą o przecieku. Jestem podejrzany. Proszę o pomoc".

+++++++++++++

Zastępczyni szefa agentury warszawskiej dzielna, młoda kobieta z kilkuletnim stażem w CIA, zdołała pozbyć się śledzących ją agentów i dotrzeć na spotkanie z Kuklińskim.

     Udając zakochanych, szli ulicą rozważając możliwości wyjścia z sytuacji.

     - Możemy cię stąd wydostać, ale musisz pójść ze mną natychmiast - zaproponowała kobieta.

     - Nie - zaprotestował Kukliński. - Muszę mieć pewność, że opuszczę kraj wraz z rodziną, inaczej nigdzie nie jadę.

     Kiedy ta rozmowa doszła do skutku, dwaj synowie Kuklińskiego, 26- i 28-let-ni mężczyzni, wiedzieli już o tajnej działalności ojca. Zgodzili się wyjechać razem z rodzicami.

     - To już nieco bardziej skomplikowane - odparła Amerykanka.

     W środę pułkownik poszedł do pracy, zdając sobie sprawę, że w każdej chwili może być aresztowany. Wieczorem wraz z rodziną, choć różnymi drogami, dotarł do umówionego miejsca. Czekali dwie minuty. Niestety, samochód CIA nie pojawił się. Nie mógł zgubić obstawy. Kuklińscy rozstali się i znów, różnymi drogami, wrócili do domu.

     Przyszedł czwartek. Kukliński pojawił się w pracy jak co dzień. Wieczorem znów spotkał się z żoną i synami w umówionym miejscu. Samochód nie pojawił się i tym razem.

     W piątek sytuacja powtórzyła się. Wieczorem znów spotkali się w umówionym miejscu. I znów nie było auta. Najwyraźniej ich szczęście skończyło się.

     Tymczasem w siedzibie CIA Forden odchodził od zmysłów. Każdego z jego agentów w Warszawie obstawiało dwóch agentów polskiego kontrwywiadu. Ilekroć któryś z nich zdołał zgubić "ogon", natychmiast pojawiał się następny.

     Forden zmienił taktykę. Wysłał nowych ludzi. W piątek do Warszawy przyleciało z Niemiec dwóch jego agentów. Teraz musiało się udać.

     Późnym wieczorem w piątek Kukliński otrzymał wiadomość przez "gizmo": "Nowy plan. Bądź w miejscu awaryjnym numer 14 w sobotę o północy".

W sobotę przed wyjściem ze Sztabu Generalnego Kukliński powiedział przełożonemu, że w poniedziałek rano wybiera się do teściowej poza Warszawę i pojawi się w pracy dopiero po południu. Miał nadzieję, że da mu to 48-godzinną przewagę.

     Po drodze do domu spoglądał przez szyby samochodu, upajając się widokami Warszawy - swojego rodzinnego miasta.

     Około czwartej zadzwonił do przyjaciół i potwierdził, że wkrótce wraz z Hanką przyjadą do nich na umówione przyjęcie. Pewien, że telefon jest na podsłuchu, pomyślał - Mam doskonały pretekst, by wyjść z domu i nie wracać do późna.

     Wpół do piątej wraz z Hanką wsiedli do swojego starego opla i pojechali na Saską Kępę do mieszkania przyjaciół, gdzie odbywało się przyjęcie urodzinowe w małym gronie. Przypominało ono wiele podobnych spotkań z przeszłości; jedynie niektórzy przyjaciele zauważyli, że Ryszard odzywa się rzadziej niż zwykle.

     O 9 wieczorem pożegnali się. Zamiast jednak wrócić do domu, wyjechali poza miasto. Kukliński zatrzymał się na poboczu, zdjął mundur i założył cywilne ubranie. Potem zawrócił w kierunku Warszawy, oglądając się wciąż za siebie, zatrzymując się i klucząc, by upewnić się, że nikt go nie śledzi. Zaparkował samochód w pobliżu cmentarza Wolskiego. Byli tam już synowie.

     Teraz pozostało im już tylko czekać. To była ich ostatnia szansa.

     Punktualnie o północy przy krawężniku zatrzymał się samochód. Za kierownicą siedział agent Fordena przybyły właśnie z Niemiec. Kuklińscy wskoczyli do środka i odjechali. Samochód wjechał do garażu, gdzie za zamkniętymi drzwiami przesiedli się do furgonetki należącej do ambasady amerykańskiej.

     Pojechali nią ciemnymi ulicami Warszawy do ambasady, gdzie oczekiwała na nich inna furgonetka.

     Ta była wypełniona skrzyniami, meblami i różnymi przedmiotami należącymi do ambasady. Używano jej do cotygodniowych przewozów kurierskich. Samochód wraz z zawartością miał status transportu dyplomatycznego i zgodnie z umowami międzynarodowymi nie wolno było go zatrzymać ani przeszukać. Z tyłu części załadunkowej stały wielkie skrzynie, wszystkie puste. Było w nich wystarczająco miejsca dla trzech osób. Kukliński miał zostać wywieziony z kraju osobno. Tak było bezpieczniej dla jego rodziny.

     Samochód jechał całą noc na zachód, mijając uśpiony Konin i Poznań. W niedzielę rano, gdy tłumy podążały do kościołów na mszę, przekroczyli granicę we Frankfurcie nad Odrą. W furgonetce żona i synowie Kuklińskiego wstrzymywali oddech, czekając, aż skończy się odprawa.

     Dwie godziny później wszyscy czworo spotkali się w Berlinie Zachodnim.


 

wiecej infromacji: 
    info@videofact.com 

VideoFact polska strona