"Matrioszki" wywiadu wojskowego PRL

by Slawomir Cenckiewicz

W jednej z ostatnich swoich ról filmowych Angelina Joli wcieliła się w postać oficera CIA – Salt, którą skruszony oficer KGB Oleg Wasilij Orłow (grany przez Daniela Olbrychskiego) oskarża o udział w siatce działających na terenie Stanów Zjednoczonych „nielegałów” – sowiecko-rosyjskich szpiegów szczególnego typu. W hollywoodzkim filmie Phillipa Noyce’a bodaj po raz pierwszy w dziejach kina pokazano specjalne ośrodki KGB, w których niczym cyborgi, nieletnie dziewczęta i chłopcy przygotowywani byli do roli nielegałów, których w przyszłości Moskwa przerzucić miała do Ameryki. Wyposażano ich w tożsamość obywateli amerykańskich, którzy wcześniej stracili życie.

To, co wydaje się jedynie sensacyjną fikcją stworzoną na potrzeby filmu Salt, znajduje potwierdzenie w bogatej literaturze poświęconej komunistycznym służbom specjalnym. Do tej pory nikt jednak nie wierzył, że podobne praktyki stosowano również w wywiadzie wojskowym Polski Ludowej. Pożoga archiwalna z lat 1989-1990, ukryte w zbiorze zastrzeżonym IPN materiały tajnych służb PRL, polityczny parasol nad ludźmi Ludowego Wojska oraz odmowa wiedzy, która każe badaczom nie zaglądać do akt „wywiadowczej wojskówki”, przez lata miały potwierdzać te opinie. Dziś warto wreszcie odsłonić zapewne jedną z najbardziej strzeżonych tajemnic wywiadu wojskowego PRL.

Nielegalni

Nielegalna metoda pracy operacyjnej jak też sama terminologia z tym związana są wytworami stricte sowieckimi. Rozwój sowieckiej działalności wywiadowczej (zarówno cywilnej, jak i wojskowej) prowadzonej z tzw. pozycji nielegalnej na Zachodzie przypadł na lata 30. i okres II wojny światowej. Miała ona zapewnić bezpieczeństwo operacji wywiadowczych realizowanych na wrogim terenie. Przybliżając w skrócie istotę problematyki związanej z działalnością nielegalną warto odwołać się do materiałów szkoleniowych sowieckiego GRU obowiązujących w drugiej połowie lat 60. w Zarządzie II Sztabu Generalnego Wojska Polskiego (wywiadzie wojskowym): „W wywiadzie strategicznym termin »nielegalna rezydentura« oznacza tajną organizację wywiadowczą, podległą bezpośrednio Centrali [wywiadu], wraz z całym składem osobowym zamieszkującym za granicą na podstawie dokumentów państw kapitalistycznych. Nielegalnymi rezydenturami mogą kierować »wywiadowcy-nielegałowie« zamieszkujący w interesującym nas państwie jako obywatele państw kapitalistycznych oraz dobrze wyszkoleni i cieszący się zaufaniem agenci, którzy występują pod własnym nazwiskiem i z własnymi dokumentami tożsamości lub przybranymi nazwiskami i cudzymi dokumentami. Tych ostatnich nazywa się »agentami-nielegałami«”.

Klęska nielegałów

Krótko po II wojnie światowej, w okresie zaostrzającej się „zimnej wojny”, siatki sowieckich nielegałów, w tym agentura „bratnich służb” (również Polski Ludowej), zostały na ogół rozbite przez służby kontrwywiadowcze państw Zachodu. Do odbudowy sieci agenturalnych przystąpiono na przełomie lat 50. i 60. Po reformie służb wojskowych z połowy lat 60. „organizowaniem i utrzymaniem sieci agenturalnych”, w tym także działalnością prowadzoną z pozycji nielegalnej, zajmował się głównie Oddział V (operacyjny) Zarządu II, który nie mógł w tej sprawie pochwalić się większymi sukcesami. Dlatego krótko po objęciu funkcji szefa wywiadu wojskowego przez gen. Włodzimierza Oliwę (w 1965 r.) ppłk Mirosław Wojciechowski odpowiadający za problematyką agenturalną w krajach pozaeuropejskich przyznał, że przerzut nielegałów na terytorium „głównych przeciwników” („gławnyj protiwnik”) – Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii, jest wręcz niemożliwy ze względu na tamtejszy reżim kontrwywiadowczy: „Uplasowanie nielegała w obecnym okresie przy pomocy tradycjnych metod (najczęściej wykorzystywanie tożsamości fikcyjnej lub osoby nieżyjącej) jest praktycznie niemożliwe. Chodzi tu oczywiście o takie uplasowanie, które w perspektywie stworzy możliwości wywiadowcze (praca na eksponowanym stanowisku, w wojsku, aparacie państwowym, przy tajnych dokumentach itd.)”.

Nowe metody – porywanie dzieci w Ameryce

W związku z tym w kwietniu 1966 r. ppłk Wojciechowski zaproponował bardziej skomplikowaną, a przez to skuteczniejszą metodę pozyskiwania i przerzutu nielegałów wzorowaną na doświadczeniach GRU. Chodziło o podstawianie tożsamości nielegałów pod porwane na Zachodzie dzieci: „operacje plasowania należy przeprowadzić o wiele staranniej, rzecz by można w sposób organiczny, zaczynając od uchwycenia (wytypowania) tożsamości przyszłego nielegała w okresie stosunkowo wczesnej młodości. Innymi słowy należy wybrać do wykorzystania tożsamość młodego człowieka (lat 14) rzeczywiście żyjącego. Stany Zjednoczone, szczególnie wielkie ośrodki miejskie, stanowią swego rodzaju dżunglę społeczną. Jest tam wiele bezdomnych dzieci i młodzieży. Należy wytypować z tego środowiska młodego człowieka i nielegalnie przywieść go do Polski, a na jego miejsce nielegalnie wywieść naszego człowieka posługującego się tożsamością wywiezionego. Takich bezdomnych osobników łatwo jest wyrwać ze środowiska (nie mają rodziny, nie wyjeżdżali za granicę, nie wyrabiali paszportów). Nie mając perspektyw godziwego życia skłonni są iść na wszystko do awanturnictwa włącznie. W oparciu o nagrane opowiadania przywiezionego będzie można przeszkolić kandydata na nielegała i wtransportować do USA. Zakładam, że osobnik przywieziony z USA ma 14 lat. Dodając do tego 2-3 lata szkolenia kandydata na nielegała otrzymujemy 16-17 lat. Jeżeli kandydat na nielegała jest człowiekiem drobnym i wątłym może mieć z powodzeniem o 2-3 lata więcej niż wskazuje na to przechwycona tożsamość. W efekcie nasz nielegał w chwili wyjazdu za granicę miałby około 19-21 lat”.

Zabójcy – ofiary

Nad tą propozycją dyskutowano na specjalnej naradzie zwołanej w maju 1966 r. przez gen. Oliwę. Pojawiła się wówczas wątpliwość związana z ewentualną próbą skontaktowania się nielegalnie sprowadzonego ze Stanów Zjednoczonych chłopca z ambasadą amerykańską. Obawiano się, że mógłby on próbować wydostać się z PRL. Ppłk Wojciechowski tłumaczył w jaki sposób trwale związać porwane dziecko z Zarządem II: „Zgadzamy się, że nawet małe prawdopodobieństwo kontaktu nielegalnie przywiezionego obcokrajowca z macierzystą ambasadą stanowi wielkie ryzyko, do wykluczenia którego należy konsekwentnie dążyć. Najskuteczniejszą do tego drogą (obok stworzenia dobrych warunków egzystencji) widzimy w skompromitowaniu obcokrajowca wobec władz jego kraju. Należy dążyć do spowodowania dokonania czynu przez obcokrajowca najsurowiej klasyfikowanego w jego ojczyźnie. W przypadku Stanów Zjednoczonych do czynów takich należą zabójstwa z premedytacją, a niedalekiej kolejności za nimi handel narkotykami. Weźmy kwestię zabójstwa. Nie musimy wcale prowokować obcokrajowca do popełnienia takowego. Wystarczy postawić go w okolicznościach, w których będzie on przekonany, że takiego czynu rzeczywiście dokonał”.

W dalszej części swojego wywodu ppłk Wojciechowski kreśli hipotetyczną sytuację: „Statek wiozący nielegalnie obcokrajowca z USA zawija po drodze do jednego z portów Ameryki Łacińskiej. Chłopiec wraz z opiekującym się nim marynarzem wychodzą na ląd. Zwiedzają port, zaglądają do kilku barów, wypijają 2-3 whisky. W pewnym momencie marynarz lekko zaniepokojony powiada, że są chyba śledzeni i po chwili potwierdza obawy opisując chłopcu chodzącego za nimi osobnika. Wracając o zmroku do portu napotykają przy nabrzeżu w bezpośrednim sąsiedztwie statku opisanego osobnika (wysoki, krótko podstrzyżony, żuje gumę). Podekscytowany przygodą ucieczki i dalekiej podróży po obcych krajach, zamroczony alkoholem chłopiec widzi w stojącym na nabrzeżu osobniku koniec frapującej przyszłości. Rozmowa z osobnikiem rozwiewa resztę wątpliwości i poinstruowany uprzednio przez marynarza chłopiec korzystając z nieuwagi Jankesa, na dany znak popycha go do wody. Osobnik niknie pod wodą, wypływa na chwilę na powierzchnię i idzie na dno. Marynarz  chłopcem chroni się na statek, który po kilku godzinach odpływa przez przeszkód. Po takim umiejętnie wyreżyserowanym zajściu (w świadomości chłopca będzie to zabójstwo funkcjonariusza FBI) praktycznie można wykluczyć z jego strony próby kontaktowania się z ambasadą amerykańską”.

Fizyczna likwidacja?

Zaprezentowana propozycja związania na całe życie nieletniego obywatela Stanów Zjednoczonych z tajną służbą wydaje się nieco naiwna i na dłuższą metę raczej nieskuteczna. Być może w oficjalnym obiegu dokumentów, które i tak tylko cudem przetrwały do naszych czasów, postanowiono nie stawiać przysłowiowej „kropki nad i”. Logiczną konsekwencją stosowania podobnych kombinacji przez komunistyczne tajne służby była bowiem fizyczna likwidacja porwanego, którego miał zastąpić dubler (nielegał). Tak zresztą postępowały służby sowieckie, kiedy np. pod koniec lat 20. przekazywały tożsamość zesłanych do Gułagu „innostrańców” wytypowanym nielegałom, których przerzucano na Zachód. Jedno wydaje się w tej historii niemal przesądzone – propozycje zgłoszone przez oficerów oddziału operacyjnego były dość zaawansowane już w czasie ich prezentacji kierownictwu Zarządu II. Ppłk Wojciechowski uznał, że zadanie tzw. typowania tożsamości powinno zostać zlecone konkretnemu oficerowi działającemu na kierunku amerykańskim (mjr Feliksowi Cembrzyńskiemu). Do opracowania szczegółów przerzutu wytypowanych w Ameryce dzieci do Polski, a później odtransportowania za ocean podstawionych nielegałów, Centrala Zarządu II wykorzystywała swoich ludzi uplasowanych w  Polskich Liniach Oceanicznych, które wywiad wojskowy operacyjnie „ochraniał”.

Dublerzy z sierocińców

Wojciechowski rzucił też pomysł wyszukiwania kandydatów na przyszłych agentów nielegalnych w krajowych domach dziecka. To oni mieli mogliby w przyszłości zostać „dublerami” porwanych w Stanach Zjednoczonych dzieci: „Można i należy ich typować w rozsianych po całym kraju domach dziecka. Są oni łatwi do wyrwania ze środowiska (brak rodzin), wcześniej dojrzewają psychicznie na skutek trudnych warunków materialnych. Wśród tych dzieci znajduje się wiele wybitnie zdolnego, przedsiębiorczego i samodzielnego elementu”. Oficer tłumaczył też stopień zaawansowania prac wywiadu w tej kwestii: „W chwili obecnej Oddział V posiada już kilka kandydatur wychowanków domów dziecka (lat 15-16) charakteryzowanych przez wychowawców jako wybitnie zdolnych. Dla sprawdzenia tych charakterystyk proponujemy przeprowadzić z pomocą psychologa Wojskowej Służby Wewnętrznej testy psychotechniczne. Zakwalifikowanych kandydatów oddać następnie na wychowanie do specjalnie w tym celu wytypowanych rodzin (jeden przykład możemy już podać). Mamy tu na względzie rodziny bezdzietne lub takie, których dzieci dorosły i odeszły »na swoje«. Winny to być rodziny kombatanckie o żywych tradycjach walk o wolność, zdolne do zaszczepienia młodym ludziom miłości do ojczyzny i gotowość do ofiar. Przybrani rodzice muszą być inteligentni, aby drogą osobistego oddziaływania uczynić wychowanka niejako spadkobiercą tradycji rodziny, umiejętnie podsuwać odpowiednią literaturę, w tym i wywiadowczo-beletrystyczną właściwie dawkowaną. Oczekujemy, iż młodzi ludzie wyrosną na nielegałów-oficerów. Wiąże się to oczywiście z nakładami ze strony Zarządu w wysokości uzależnionej od dotychczasowej stopy życiowej (standardu) przybranych rodziców. W przypadku niemożliwości uplasowania wychowanków na mocnej legendzie, co jesteśmy skłonni wykluczyć, będzie można ich wykorzystać w każdy inny sposób od nielegałów przerzuconych przez kraje pośrednie do oficerów kadrowych włącznie”.

Akceptacja

Koncepcje Oddziału V zostały zaakceptowane przez kierownictwo wywiadu – zarówno przez zastępcę szefa Zarządu II ds. operacyjnych płk. Wacław Jagielnicki, jak i samego gen. Włodzimierza Oliwę. Wprawdzie ten ostatni uznał niektóre propozycje za nieco sensacyjne, ale zezwolił na ich zastosowanie „tytułem próby”. Nie jest zatem przypadkiem, że w dokumentacji Zarządu II znajdujemy wykaz 23 wytypowanych przez wywiad domów dziecka. Co ciekawe wszystkie z wytypowanych sierocińców usytuowane były w pasie przygranicznym w południowo-zachodniej części kraju (w okolicach Jeleniej Góry, Legnicy, Wałbrzycha i Kłodzka), który podlegał Śląskiemu Okręgowi Wojskowemu. W dokumencie wywiadu wymieniono placówki w następujących miastach: Czatkowice, Sułów, Nowa Ruda, Bierutów, Pęcz, Bystrzyca Górna, Mienice, Wałbrzych, Bolesławiec, Domaszków, Goworów, Pieszyce, Piława Górna, Jawor, Cieplice (dwa ośrodki), Karpacz, Szklarska Poręba, Kłodzko (dwa ośrodki), Legnica, Leśna i Rakowice. W niektórych przypadkach listę tę uzupełniono o nazwisko kierownika ośrodka.

O wdrożeniu planu świadczy również informacja, którą znajdujemy w jednym z dokumentów z grudnia 1966 r.: „rozpracowaniu jednego obywatela obcego z tożsamością nadającą się do wykorzystania dla przygotowywanego przez nas nielegała”. W innym dokumencie dotyczącym nielegałów wymienia się konkretną osobę (zrezygnowałem tutaj z podania jej imienia i nazwiska) w ten sposób ją charakteryzując: „sierota, wychowanek domu dziecka, planowany do pracy nielegalnej na terenie Włoch”.

Z materiałów Zarządu II z późniejszego okresu wynika, że po 1965 r. powiększyła się liczba przerzuconych za granicę nielegałów. Jednak kierownictwo wywiadu wciąż nie było zadowolone z efektów ich działalności. Zastój w tej kwestii miało przełamać utworzenie w 1972 r. Wydziału „N”, którego zadaniem było typowanie, rozpracowanie i szkolenie nielegałów. Większość z nich rekrutowała się jednak z kręgu kadry oficerskiej i rezerwistów Zarządu II. Być może niektórzy z nich to właśnie wytypowani przez służby wychowankowie domów dziecka. Wciąż nie wiele o tym wszystkim wiadomo. Ludzie Jaruzelskiego i Kiszczaka (były szef wywiadu wojskowego) są nawet bardziej milczący niż ich sowieccy dysponenci. Gdy w Polsce do dziś obowiązuje w tej sprawie tajemnica, to w Rosji i na Zachodzie ukazało się sporo relacji pamiętnikarskich autorstwa kierowników i wykonawców tego zbrodniczego procederu.

Z oddziału nielegałów do Radiokomitetu

Kim był oficer, który wprowadzał nowy sposób rekrutacji nielegałów? Z akt personalnych ppłk. Mirosława Wojciechowskiego wynika, że od 1954 r. służył on w wywiadzie wojskowym PRL, którego twórcami i pierwszymi szefami byli Sowieci. Przez lata cieszył się on opinią dobrego i pomysłowego oficera, choć niektórych przełożonych raziła jego wyniosłość i ambicje. W latach 1960-1962 Wojciechowski był oficerem attachatu wojskowego PRL w Waszyngtonie skąd w marcu 1962 r. został wydalony przez Amerykanów za to, iż próbował zakupić objętą embargiem literaturę techniczną i wojskową. W listopadzie 1971 r. na wniosek Wydziału Zagranicznego KC PZPR Wojciechowski został zwolniony ze służby wojskowej. W latach 1971-1976 był kierownikiem sektora analiz i informacji Wydziału Zagranicznego KC PZPR (w drodze wyjątku decyzją Zarządu II nie zastrzeżono mu wyjazdów za granicę). Następnie, przez dekadę pracował „na odcinku” dziennikarskim pełniąc w latach 1976-1983 stanowisko dyrektora – redaktora naczelnego Polskiej Agencji Informacyjnej „Interpress”. Był również prezesem Polskiego Związku Narciarskiego (1980-1984). W okresie dyktatury Jaruzelskiego został przewodniczącym Komitetu ds. Radia i Telewizji (1983-1986) i kierował medialną propagandą reżimu. Jako zaufany Jaruzelskiego był protektorem i kreatorem wielu karier radiowych i telewizyjnych, których nie przerwał wcale 4 czerwca 1989 roku…

+++

Autor jest historykiem. W połowie roku w wydawnictwie Zysk i S-ka ukaże się napisana przez niego wspólnie z Adamem Chmieleckim książka poświęconą dziejom wywiadu wojskowego PRL (Zarządu II Sztabu Generalnego).

Zobacz takze:

glowna strona